Image default
Wywiad

Przez pryzmat niepowagi cz. I – Mateusz Wieczorek o pisaniu, inspiracjach i… ZUSie.

Zadebiutował w 2015 roku. Jego powieści przesiąknięte są sarkazmem i absurdem. Nie boi się brudzić scenerii krwią, nie boi się używać mocnych słów. Jednak to, co wychodzi przed szereg, to ogromne poczucie humoru, które, nawet w krytycznej sytuacji, potrafi rozłożyć na łopatki. Mateusz Wieczorek – człowiek o niesamowitej osobowości, olbrzymim dystansie do siebie i świata, zaskakuje po raz kolejny. To właśnie dziś do księgarń trafiła jego nowa książka – “Ostatni worek cementu“. Powieść, która wychodzi poza znane schematy, daje upust brutalności, pochłania i zdumiewa. Zapraszam Was na rozmowę w której autor opowiada o antagonistach, inspiracjach, pisaniu i ZUSie…

W Twoich powieściach próżno szukać bohaterów pozytywnych. Mam tutaj na myśli to, że każda postać jest mroczna, skrywa jakąś tajemnicę. I choć można doszukiwać się w nich zalążka dobra, tak zło przechyla szalę. Dlaczego tak ich kreujesz?

Jestem typem człowieka, który oglądając film czy czytając książkę, kibicuje czarnym charakterom. Antagoniści są o wiele ciekawszymi postaciami, niż “ci dobrzy”. Mają więcej finezji i polotu. Mają też rozmach i są nieprzewidywalni, przez co często stają się kultowi. Darth Vader, don Corleone, Voldemort, Freddy Krueger, Hannibal Lecter. Kto z nas im nie kibicował? Pamiętam, jak podczas lektury “Milczenia Owiec” od połowy akcji mruczałem pod nosem “dalej. Zeżryj ją. Come on!”. A postaci pozytywne? Zazwyczaj są to pokrzywdzone przez świat, użalające się nad sobą, flegmatyczne dusze. Coś jak pani w okienku w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych, kiedy chcesz załatwić jakąś sprawę. Dlatego w swoich powieściach odwróciłem proporcje. Na całą masę antagonistów, przypada jeden dobry bohater. Albo pół… A tak poza konkursowo, to muszę się upewnić, że mam wszystko załatwione w ZUSie, zanim pojawi się ten wywiad (śmiech).

(śmiech) Sprawdź koniecznie! I… masz rację, antagoniści mają w sobie to “coś”. Ja, zazwyczaj, również im kibicuję, lub po prostu darzę większą sympatią. Zdarzają się oczywiście wyjątki, jednak jest ich zdecydowanie mniej. Zastanawia mnie, z którą postacią, z “Ostatniego worka cementu”, identyfikujesz się najbardziej i dlaczego?

W każdej z postaci, które tworzę jest jakaś cząstka mnie. Jestem nawet ja sam! Bohaterowie Murek i Choco to nie kto inny jak mój przyjaciel i ja, ale jeśli miałbym wybrać inną personę, byłby nią Ethan. Jest on ekscentryczny, prześmiewczy i lubi podpuszczać innych dla zabawy. W tym ostatnim jestem mistrzem, więc bardzo przyjemnie mi się tę postać tworzyło. W pozostałych bohaterach umieściłem inne ziarenka siebie. W Albercie ukryłem emocje jakie towarzyszą mi podczas wizyty w ZU… No, wiadomo gdzie.

Rozumiem że ZUS napawa Cię lękiem (śmiech), a skoro już przy tym jesteśmy… czym jest dla Ciebie strach, i czy jest coś, czego się boisz?

Mieszkam w bliskim sąsiedztwie kościoła i kilka razy dziennie słyszę, jak ksiądz przez głośniki straszy – “owoc żywota twojego je ZUS”. Więc wszyscy powinniśmy się go bać. Czym dla mnie jest strach? To taki dziwny stan przed trzecim piwem (śmiech). A teraz tak na serio. Od dziecka bałem się tylko jednej rzeczy. Piłki i dentysty. Powiedziałem jednej, ponieważ w umyśle małego Mateuszka była jedna procedura: “jeśli któreś z tych rzeczy zbliży się do ciebie za blisko, kopnij. Z całej siły.” Pod koniec lat ’90 w moim mieście nie było dentysty, któremu nie zaparkowałbym trampka na twarzy. Ale później przyszła pierwsza dekada nowego milenium i Mati w przeciągu dwóch sekund, przesunął sobie granicę strachu po za jakąkolwiek skalę.  Jak? To było na poligonie, podczas odbywania swojej zasadniczej służby wojskowej. Zabrali nas na strzelnicę, gdzie mieliśmy rzucać prawdziwymi granatami. I wszystko byłoby okej, gdyby nie fakt, że przy wcześniejszym rzucie ćwiczebnym, atrapa, którą posłałem po za okop, odbiła się od drzewa i wpadła z powrotem do dziury w której leżałem. To było piękniejsze niż fanfary studia filmowego 20th Centaury Fox. Stojąc z prawdziwym granatem w ręku oddychałem tak szybko, że prawie wysmarkałem własne nerki. Od tej chwili ciężko mnie czymkolwiek przestraszyć…

Co czujesz, gdy Twoja książka trafia do sprzedaży? Czy wówczas towarzyszy Ci strach?

Jest taki dreszczyk emocji, bo autor nigdy nie wie, jak zostanie przyjęty ze swoim nowym dziełem. Ale to nie jest taki prawdziwy strach. Myślę, że dla autorów jest tym samym, czym dla spadochroniarza jest adrenalina. To potrafi uzależnić w jakiś sposób.

Czytając „Ostatni worek cementu” odniosłam wrażenie, że dialogi, które tam widnieją, są skądś zasłyszane, że gdzieś już coś takiego było…

Celna uwaga. Zdarza się raz na jakiś czas, że w swoich książkach robię ukłon w stronę muzyki, filmów czy książek, na których się wychowałem, a które stały się dla mnie w danej chwili inspiracją. Dla prostego przykładu, w “66 dusz” diabeł na ziemi, Levi Nathan, przedstawia się jako “człowiek wielkiego bogactwa i smaku”. Są to słowa rozpoczynające piosenkę “Sympathy for a devil” zespołu The Rolling Stones. W “Ostatnim worku cementu” również nie zabrakło takich ukrytych perełek. Kiedy jeden z bohaterów mówi “Kończ waść, wstydu oszczędź” od razu wiemy w stronę jakiego dzieła składam pokłon. To tak jakbyś w ciemności usłyszała słowa “Z wnioskiem 5EX musi pani iść do tej kolejki obok. Tak do tej długiej.” Nie dość, że od razu wiedziałabyś w jakiej bajce właśnie się znalazłaś, to jeszcze odpowiednio byś się do niej nastroiła.

Czy przydarzyła Ci się jakaś przykrość związana z Twoją twórczością?

Tak, w tym roku na wiosnę składałem PIT i… Żartuję. Tak naprawdę to chyba nie mam przykrych wspomnień związanych z moją twórczością. Ludzie zazwyczaj są dla mnie życzliwi, chociaż kilka sąsiadek wytknęło mi, że moi bohaterowie za dużo przeklinają, że to nie przystoi takiemu kawalerowi jak ja i, że Pan Jezus to wszystko słyszy, czyta i dopisuje mi do rachunku. Oczywiście takie docinki zawsze mnie radują i sprawiają, że zaczynam się szczerzyć, a gdy tylko to robię sąsiadki dodają pod nosem “spłoń w piekle razem z tym uśmiechem gnido z parteru”. A uśmiecham się bo takie głosy sygnalizują mi, że moje postaci naprawdę działają tak jak powinny. Gangster jest gangsterem z krwi i kości, diabeł diabłem z piekła rodem, a śmierć nieuleczalną plagą. Wszyscy oni mają wzbudzać emocje używając do tego gestów, czynów, myśli i mowy. Pojawiają się też krytyczne uwagi od recenzentów, choć odpukać w niemalowane, jest ich niewiele. Krytyka jest nieodłącznym i potrzebnym autorom elementem.  Nie da się napisać powieści, którą wszyscy pokochają i obsypią różami. Zawsze znajdzie się osoba, która chwyci tę różę odwrotnie i zdzieli cię nią przez tamburyno, tak na otrzeźwienie, albo chociaż dla zabawy. Z tym trzeba się liczyć, a kiedy się już przydarzy, nie ubolewać a wyciągać wnioski. Na szczęście jestem człowiekiem o wielkim dystansie do siebie i tego czym się zajmuję więc póki co, moje kolana są w całości a ja jadę tym rowerkiem dalej.

Masz rację, krytyka jest potrzebna, bez niej wielu autorów mogłoby popaść w samozachwyt, a wszyscy wiemy, że przysłowiowa soda lubi uderzyć do głowy. Zapytam Cię teraz o to, co zawsze mnie intryguje. Mianowicie – czym dla Ciebie jest pisanie i skąd czerpiesz inspiracje?

Przede wszystkim pisanie jest dla mnie dobrą zabawą. Nigdy nie podejrzewałem, że kiedyś zostanę autorem i będę tworzyć książki. W moich planach na przyszłość były różne zawody, w tym paleontologa, maszynisty, bossa miejscowego gangu handlującego nielegalnie koperkiem czy plantatora kaszanki na Marsie, ale nigdy nie pisarza! (śmiech). Z tym pierwszym, paleontologiem, wiąże się nawet pewna ciekawa anegdota. Otóż jako mały dzieciak miałem świra na punkcie dinozaurów. W wakacje wraz z kumplami prowadziliśmy pod blokiem wykopaliska używając pędzelków i łopatek. Pewnego dnia na prawdę udało mi się wykopać fragment popękanej, trupio-bladej kości. Byłem z siebie dumny i bardzo podekscytowany. Określiłem nawet jaki to gatunek dinozaura, żeby zaimponować rówieśnikom. Każdy brał ją na ręce i czuł się, jakby trzymał świętego Graala. Następnie zaniosłem kość do domu i podetknąłem ją pod nos ojcu krzycząc tryumfalnie “zobacz! Tyranozaur!”… Wywalił mnie z tym za drzwi wrzeszcząc, że jak jeszcze raz przyniosę do domu zaschniętą, zwapniałą psią kupę to mnie wydziedziczy. To był dla mnie koniec kariery paleontologa. Cios w serce… Miliony łez… Pół nieprzespanej nocy… Siwe czekoladki… Napalm… Wietkong… Sinica w Mielnie… OFE… Koszmar.

Ale to właśnie takie przygody, w które życie notorycznie mnie wciąga, często stanowią podwaliny pod książkowe, czarno komediowe przygody bohaterów. Dodatkowym i niezwykle bogatym źródłem inspiracji są ludzie. Na co dzień jestem animatorem na polu paintballowym, gdzie mam szansę rozmawiać z setkami graczy rocznie. A każdy z nich ma w zanadrzu parę anegdotek, którymi chętnie się podzieli jeśli i ja sypnę z rękawa jedną czy dwiema historiami. Wierz mi, że niektóre z zasłyszanych przeze mnie na polu opowieści naprawdę potrafią zwalić z nóg, nawet takiego wytrawnego humorystę jak ja. Zapamiętuję je, czasami zapisuję, a później przekształcając lub dopracowując, wykorzystuję. I tak dla przykładu historia z gołębiem na ręce, którą znajdziecie w prologu “Ostatniego worka cementu” jest historią prawdziwą.

Po za tym wielką inspiracją przy tworzeniu poprzedniej książki i tej, którą piszę obecnie, są polskie legendy i przesłania. Jako słowiański ród, mamy fantastyczną mitologię, która jest studnią bez dna jeśli chodzi o inspiracje. Coś jak… Może nie będę kończyć bo naprawdę podniosą mi wiek emerytalny za karę (nerwowy śmiech).

Zdradzisz kilka najważniejszych inspiracji, którymi kierowałeś się pisząc “Ostatni worek cementu”?

W przypadku tej książki największymi inspiracjami były dla mnie filmy Martina Scorsese i Quentina Tarantino, jak zawsze zresztą. Uwielbiam dzieła tej dwójki. “Ostatni worek cementu” miał być wypadkową stylów opowiadania historii przez ten duet. I tak można się tu dopatrzeć klimatów rodem z “Infiltracji” czy “Chłopców z ferajny” przeplatających się z czarno komediowym i krwawym stylem Quentina. Czyli krewcy oraz śmiertelnie niebezpieczni ludzie, którzy są niczym kupka prochu wysypanego pod pochodnią, w scenerii uwalonej przez eksplodujące ciała z cichutką, rockową balladą w tle… To tak, jakbyś o 14:55 przekroczyła próg… (pauza) Jak brzmi kolejne pytanie?

Wrócę na chwilę do Twojej poprzedniej wypowiedzi, w której wspomniałeś, że jesteś animatorem na polu paintballowym. Opowiesz skąd wzięła się ta pasja, jak się narodziła i dlaczego darzysz ją taką sympatią?

Jak już mówiłem, byłem kiedyś w wojsku. Długo broniłem się, żeby jakoś się z tego wymiksować, ale na próżno. Dziś nie żałuję ani jednej sekundy spędzonej w jednostce, ale… W pierwszym tygodniu służby, zabrano nas na strzelnice, gdzie dano nam pierwsze cztery sztuki amunicji i wyprowadzono na linię otwarcia ognia. Strzelaliśmy z pozycji leżącej. Oczywiście byłem przerażony. Pierwszy strzał wyzwolił we mnie nieznane dotychczas emocje. Euforię pomieszaną z adrenaliną. Piszczało mi w uszach, zupełnie jak na filmach. Nade mną stał chorąży, który coś tam wrzeszczał. Słowa musiałem sobie dopisać sam, bo cholera jedna wie, co on tam wtedy krzyczał. Po tym jak machał ręką, odgadłem, że to musiało być “znakomicie żołnierz! Delikatnie w prawo i będzie dyszka!” Strzelałem jak opętany, raz za razem trafiając do celu. Dopiero, kiedy przynieśli nasze tarcze i zobaczyłem, że kolega strzelający obok ma osiem trafień na cztery strzały, zrozumiałem, że chorąży jednak pokazywał mi tą ręką coś innego. Ale to nie było ważne. Ważne było to, że natychmiast uzależniłem się od strzelania. W rok po wyjściu z wojska, tak bardzo mi tego brakowało, że zostałem animatorem na polu paintballowym.

A dlaczego darzę to zajęcie tak wielką sympatią? Bo uszczęśliwia ludzi. Uwielbiam sprawiać, żeby ludzie głośno się śmiali i wspominali nasze spotkanie latami, a to idealne do tego narzędzie. Ale o tym nie muszę Ci mówić, bo sama ostatnio grałaś. Założę się o swoją emeryturę, czyli pełne 27 zł na dzień dzisiejszy, że uśmiech nie znikał z Twojej twarzy.

Nawet po upływie niemal miesiąca od tej przygody, na samą myśl się uśmiecham i już nie mogę się doczekać kolejnego strzelania! Wracając… Każdy z nas ma jakieś nawyki czy rytuał. Moim jest poranna kawa, bez której nie wyobrażam sobie rozpoczęcia dnia. Czy i Ty masz taki rytuał lub nawyk pisarski?

O tak. Kawa to podstawa. Jestem od niej uzależniony, więc gdy tylko wstaje nowy dzień, skoro świt o 14:00 wypijam kubeczek, wychodzę na taras, patrzę w niebo i szepczę pod nosem “pilnuj się, bo wstałem.” Do godziny 15, życie co najmniej trzy razy podkłada mi nogę, z coraz większą częstotliwością, aż w końcu, około godziny 20 wygląda to tak, jakbym chwycił się z tym życiem za bary i kopał po piszczelach z całej siły. I tak do skutku, aż któreś z nas nie wygra. Ale kiedy dzień przemija, słońce zachodzi i nastaje noc, to jest to mój czas. Wtedy siadam przed klawiaturę i piszę. Nikt i nic mnie nie rozprasza. No i muzyka. Muszę słuchać muzyki, która pomaga mi się nastroić przy pisaniu danej sceny. Rozdziały rozpisuję posługując się przygotowanym wcześniej scenariuszem, lub streszczeniem. Nie narzucam sobie jakiegoś czasu pracy. Piszę tak długo, jak długo spod moich palców wypływa historia, ale nigdy nie kończę wcześniej niż o 3 nad ranem. Czasami zdarza mi się zastój, bo na przykład nie mam pomysłu jak połączyć ze sobą dwa wątki. Wtedy cierpliwie czekam, bo wymyślanie czegoś na siłę wychodzi sztucznie i mało efektownie. A czekanie się opłaca, bo życie potrafi zaskakiwać lepiej, niż najlepszy z twórców historii. Przytoczę ci przykład. Kiedy pisałem “7 kobiet mafii” szukałem powodu, dla którego jeden z bohaterów, płatny zabójca, musiałby wrócić na miejsce zbrodni i wplątać się w kolejne perypetie. Oczywiście mogłem napisać, że zapomniał kluczy, portfela albo telefonu, ale to nie miałoby w sobie za grosz komizmu. Postanowiłem poczekać i już w kilka dni później rozwiązanie spadło jak grom z jasnego nieba. Otóż, byłem w pracy, gdzie kierownik poprosił całą brygadę o zostanie godzinę dłużej. To był czas jakichś poważnych manewrów. Wszyscy się zgodzili, ale musieliśmy ostrzec rodziny, że spóźnimy się na obiad. Każdy zaczął dzwonić, tylko jeden z pracowników miał problem ze złapaniem zasięgu. Przez dobrych 5 minut próbował wywołać różnymi wulgarnymi zaklęciami choćby pojedynczy sygnał, aż w końcu, zorientował się, że wychodząc z domu, zamiast komórki, wziął pilot od telewizora… To było… śliczne. Miał przy tym minę starego Indianina, który rzucił dzidą w pociąg, a ten nie dość, że nie zdechł, to jeszcze zagwizdał i odjechał. Ciu-ciu! A chcesz wiedzieć gdzie odjechała ta ciuchcia?

***

Dokąd pojechała ciuchcia, czy da się utopić złotą rybkę, i w jakim gatunku literackim widzi się Mateusz Wieczorek – tego dowiecie się w następnej części wywiadu, na którą serdecznie zapraszamy. Do zobaczenia!

Mateusz Wieczorek urodził się 4 kwietnia 1988 roku w Grodzisku Wielkopolskim. Jego dotychczasowe życie upłynęło pod znakiem absurdu i uśmiechu, który teraz postanowił przemycić do swoich książek. Był już asystentem spedytora międzynarodowego, żołnierzem zasadniczej służby wojskowej oraz urzędnikiem państwowym. Obecnie pracuje jako górnik w kopalni gazu ziemnego. Debiutował w 2015 powieścią „7 kobiet mafii”. Dwa lata później ukazała się kolejna książka – „66 dusz”. Na swoją pasję poświęca każdą wolną chwilę. Nad życie kocha kino, dobrą zabawę z przyjaciółmi oraz grę w paintball’a. Kiedy jednak świat nabiera zbyt szybkiego tempa, wymyka mu się, aby w ciszy i spokoju powędkować.

Fot.: Maciej Bogaczyk

Wpisy, które mogą Ci się spodobać

Rozmowa z Aleksandrem R. Michalakiem, autorem książki “Denar dla szczurołapa”

Bookmoment

Przez pryzmat niepowagi cz. II – Mateusz Wieczorek o muzyce, rodzicach i polecanych książkach

Bookmoment

„Motywacji do ciężkiej pracy nigdy mi nie brakowało” – rozmowa z Adrianem Bednarkiem cz. II

Bookmoment
1