Image default
Wywiad

Przez pryzmat niepowagi cz. II – Mateusz Wieczorek o muzyce, rodzicach i polecanych książkach

Minęło kilka dni od premiery “Ostatniego worka cementu” i pierwszej części wywiadu. Wraz z Mateuszem Wieczorkiem zapraszamy Was do zapoznania się z drugą częścią “rozmowy rzeki”. Czy będzie równie śmiesznie? Przekonajmy się!

Po krótkiej podróży wesołą ciuchcią dotarliśmy do stacji zwanej muzyką. Wspomniałeś wcześniej, że Cię inspiruje. Zdradź proszę, czego najczęściej słuchasz.

Przede wszystkim muzyki lat ’50, ’60, ’70. Stare piosenki, anglojęzyczne, ale nie tylko, mają w sobie niesamowity klimat, który idealnie wpasowuje się w ten, jaki towarzyszy moim historiom. W ogóle uważam, że muzyka tamtych lat jest magiczna. Słuchając niektórych utworów dzisiejszych wykonawców trzeba uważać, żeby przypadkiem nie dostać rykoszetem jakiejś klątwy w potylicę. Bo później będziesz się jąkać przy mówieniu słowa “bumerang”… no a po co, po co, po co, po co Ci to? Ale wracając do tematu, kiedy piszę jakąś scenę, i towarzyszy mi przy tym jakaś konkretna piosenka, staram się przemycić jej tytuł, albo chociaż go zasugerować, tak, żeby co dociekliwsi czytelnicy, mogli ją sobie szybko odtworzyć. Bardzo często stosuję taki zabieg. W “Ostatnim worku cementu” >usłyszymy< między innymi piosenki zespołów “Creedence Clearwater Revival”, “Woodkid”, “Passenger” czy wspaniałą Dusty Springfield.

Nie mogę się nie zgodzić. Podczas czytania lektury, w jednej ze scen, dosłownie słyszałam utwór „Run boy, run” zespołu „Woodkid”. Chciałabym na sekundę wrócić do Twojej poprzedniej książki – „66 dusz”. Czytając ją można zauważyć, że dość często bawisz się słowem Podam tutaj przykład niejednoznaczności imion bohaterów. Skąd taki pomysł?

Pomysł z imionami pochodzi jeszcze z końca lat ’90, kiedy jako mały chłopiec, zdaje się przypadkowo, zobaczyłem film “Harry Angel” (wtedy już  nie najnowszy bo z 1987 roku, a dziś zupełnie nieznany młodemu pokoleniu). Grał w nim jeden z moich ulubionych aktorów, Robert De Niro, wcielając się w rolę diabła, w ludzkiej postaci, o imieniu Louis Cyphre. To było tak bardzo genialne… Zakorzeniło się w moim umyśle tak głęboko, że gdy przyszło mi stworzyć własnych diabłów, demonów czy aniołów, posłużyłem się tą metodą. Następnie postąpiłem o krok dalej i zacząłem ukrywać w imionach i nazwiskach bohaterów tych mniej oczywistych. Przykład: W książce “66 dusz”, której podwaliną jest legenda o panu Twardowskim, główny bohater nazywa się Laurent Durentius, czyli z łacińskiego Jan…? Nie patrz tak na mnie. Lepiej spójrz jeszcze raz na nazwę formularza wspomnianego w pierwszej części wywiadu  i zastanów się, do której litery alfabetu podobna jest pierwsza cyfra w nazwie. (chytry uśmieszek). Lubię żonglować słowem, a język polski jest wręcz idealnym tworzywem, bo na przykład dzwon potrafi zabić lub zabić… na śmierć. Po lekturze mojej poprzedniej powieści, wiesz już, że kiedy postawiony przed trudnym pytaniem Dan McAbre mówi, “okej, będę strzelać”, lepiej uciekać gdzie pieprz rośnie, bo gość nie żartuje.

To dość przebiegłe z Twojej strony, ale również nietuzinkowe. Kilkukrotnie uśmiechnęłam się pod nosem czytając dane imiona. A szczególnie – Dana McAbre i Leviego Nathana. Skoro jesteśmy już przy temacie Twoich poprzednich dzieł. Powiedz proszę, jaki był pierwszy tekst, który napisałeś i co popchnęło Cię do tego aby go stworzyć?

Swoją przygodę z pisaniem, zacząłem jeszcze w gimnazjum tworząc serię opowiadań o szkolnej grupce przyjaciół, którzy ładowali się w absurdalne tarapaty oscylujące wokół ich uwielbienia do taniego wina. Pisałem je w trzydziesto-dwu kartkowych zeszytach i nieźle się przy tym bawiłem. Moja polonistka bardzo pochwalała to hobby, jednak po lekturze kolejnych odsłon mojej “serii”, zaczęła częściej niż przy innych pociągać nosem. Wiesz, wtedy nie było jeszcze alkomatów, a niektóre perypetie do bólu przypominały te, jakie miewaliśmy z kumplami na jej zajęciach.

Później przyszedł czas na zabawę z felietonami. Mogłem w nich być prześmiewczy i to chyba w nich nauczyłem się, jaką moc ma żonglerka słowem. W tym okresie należałem też do kółka filmowego i pisałem scenariusze dla różnych pomniejszych produkcji. Z czasem, pewna historia zaczęła rozrastać się coraz bardziej i bardziej, aż stała się skryptem na pełnometrażowy obraz. Ale hola, hola… Kto by tam wspominał z czasem scenarzystę, prawda? Aktorów tak, reżysera też, ale scenarzystę? Scenariusz trafił do szuflady, ale nie na długo. W tamtym czasie pisałem również felietoniki na stronę mojego dobrego znajomego, Błażeja Telichowskiego, ówczesnego zawodnika Dyskobolii Grodzisk. Pewnego dnia powiedział “Mateusz, dobrze ci to idzie. Powinieneś napisać książkę”. Pomyślałem, że w sumie to mam w szufladzie pewną historię, którą zawsze chciałem opowiedzieć i już siadałem do jej pisania, już wyciągałem dłonie nad klawiaturę, kiedy nagle życie, wylosowało dla mnie, na swojej pokrętnej loterii, niezwykły fant. Ten fant nazywał się “bilet do wojska”. Po wyjściu do cywila nie było już mowy o tym, żebym się teraz poddał. Walczyłem do skutku, kilka długich lat, aż w końcu się udało. Pamiętam dzień, kiedy dostałem swoją pierwszą umowę wydawniczą. Trwając w szoku, wyszedłem ze swojego pokoju, podreptałem do salonu, gdzie siedział ojciec, i powiedziałem “ojcze, napisałem książkę i dostałem umowę wydawniczą”. Ojciec popatrzył na mnie z ukosa, później na matkę i powiedział “Ela, myślę, że nasz syn ma problemy z narkotykami.” Uwierzył dopiero, kiedy listonosz przyniósł umowę do domu. Przez jakiś czas ludzie z mojego otoczenia spoglądali na mnie jak na kogoś, kto właśnie się przyznał, że jest magiem, zaklętym w ciele śmiertelnika, ale po dwóch latach to już mi nawet mówili “cześć”, a dziś już całkowicie się z tym oswoili. Chociaż, nie wszyscy. Kiedy wpadam na zakupy do sklepu mojej mamy, a są w nim akurat starzy, miejscowi Indianie, modlący się do totemu z piwnych kast, zawsze pada hasło “morda, bo nas opisze!” i nastaje grobowa cisza (śmiech). Przez ich reakcje czuję się, jakbym chodził uzbrojony po zęby.

Ostatecznie rodzice są z Ciebie dumni?

Cokolwiek bym nie zrobił, zawsze byli. Mam to szczęście, że wychowałem się w dość nietuzinkowej rodzinie. Na przykład mój ojciec zawsze wyrażał podziw dla mnie, który później ukierunkował mój własny dystans do świata i siebie. Jak? Już ci Mati opowiada… Dawno temu, będąc nastolatkiem, miałem na biurku kulę ze złotymi rybkami. Trzema. Ale jak to z kulą bywa, trzeba było często ją czyścić. A kto w wieku 12 lat ma czas na takie dorosłe zachowania? W końcu woda w akwarium stała się brązowa, dwie rybki padły, a trzecia ledwo zipiała. Mój ojciec zdenerwował się i powiedział “teraz jadę do pracy, ale jak wrócę i ta ostatnia ryba będzie martwa, masz szlaban na wychodzenie z domu do końca wakacji.” Kiedy wyszedł z domu, wziąłem się do pracy. Posprzątałem rybce, wrzuciłem jej nowe, białe, kamienie i włożyłem do środka pomarańczową doniczkę, kładąc ją tak, żeby miała “domek”, gdzie mogłaby wpływać na noc. Później poszedłem do kumpli pod blok, i tam też czekałem, aż tata wróci z pracy. Kiedy się pojawił, z grobową miną zapytał mnie “i jak? Żyje ryba?”. Prychnąłem i powiedziałem, “choć, sam zobaczysz, będziesz zdumiony”. Poszliśmy na górę, ojciec wszedł do pokoju i kiedy zobaczył kulę, aż usiadł na moim krzesełku. Rozdziawił usta w niemym podziwie, a ja byłem z siebie dumny jak cholera… Do czasu aż zobaczyłem, kątem oka, że rybka zaklinowała się między ścianką kuli a doniczką i… No wiesz. Ojciec powiedział wtedy “Gratuluję SYNU. Jestem pełen podziwu…. ELA! NASZ SYN JEST PIERWSZĄ OSOBĄ NA ŚWIECIE, KTÓRA UTOPIŁA RYBĘ! CHODŹ TU SZYBKO I ZOBACZ!” W tej chwili nauczyłem się czym jest sarkazm i od tego czasu towarzyszy mi do dziś. To nim doprawiam wszystkie swoje powieści, a w “Ostatnim worku cementu” jest on niemalże jednym z bohaterów książki.

Nie da się nie zauważyć, że sarkazm rzeczywiście dość często gra w Twoich powieściach pierwsze skrzypce. Można odnieść wrażenie, że jesteś bardzo pozytywnie nastawiony do życia. Czy jest coś, co nastraja Cię negatywnie, wywołuje skrajne emocje, wyprowadza z równowagi? Oprócz, rzecz jasna, gargantuicznych kolejek w ZUS-ie.

Jak każdemu z nas, czasami i mnie zdarza sie porządnie wkurzyć i to z różnych powodów, ale mam to szczęście, że nie jestem pamiętliwym człowiekiem. Nie lubię nosić w sobie urazy czy negatywnych uczuć. I teraz uwaga, bo to może zabrzmieć dziwnie, ale jeśli jestem już naprawdę mega zły, to szybko siadam do klawiatury i przypisuję te emocje, sposób myślenia podczas ich trwania, i pomysły na ich rozwiązanie bohaterom takim jak na przykład Albert czy don Mulciber z “Ostatniego worka cementu”. Zostawiam je im, a sam wychodzę z czystym kontem. I wierz mi bądź nie, ale w tym szaleństwie tkwi metoda (uśmiech tryumfu). Poza tym w swoim życiu kieruję się pewną zasadą, którą o dziwo… zaczerpnąłem w szkole na matematyce – “dwa minusy dają plus”. I choć to czasami wkurza ludzi wokół, to ja zawsze znajdę powód do uśmiechu, nawet w najgorszych kompilacjach zdarzeń. Może dlatego tak dobrze odnajduję się w klimatach czarno komediowych?

Myślę, że ten sposób myślenia na pewno wiele ułatwia, szczególnie, gdy przelewasz myśli na papier. Jak wiemy, Twoje książki oscylują wokół sensacji literackiej. Czy próbowałeś, lub masz zamiar spróbować, swoich sił w innym gatunku?

Oczywiście, że tak! Książka “66 dusz” spotkała się ze wspaniałym przyjęciem. Ludzie polubili postaci Dana McAbre i Leviego Nathana. Ci dwaj antagoniści zafascynowali czytelników, którzy notorycznie pytali mnie o ich dalsze i wcześniejsze losy, więc nie mogłem pozostać głuchy a tę odezwę. W tej chwili powstaje kontynuacja ich historii pod roboczym tytułem “Klucz Salomona”. Ta historia zawierać będzie kolejną, odkurzoną, polską legendę, a gatunkiem, w którym powstaje jest nie tyle „sensacja” co „fantasy”. Te dwa nurty przeplatają się tutaj bardzo intensywnie i równomiernie.

Czym wobec tej serii jest “Ostatni worek cementu”? Otóż moja najnowsza powieść jest dla tego uniwersum tym, czym dla Gwiezdnych Wojen jest “Łotr 1”. Nie jest prequelem, nie jest też nieodłącznym elementem sagi, ale jest ważnym wprowadzeniem. Tę historię można czytać jako stand alone, ale w szerszej perspektywie, którą tworzę, jest niezwykle ważna.

Już jakiś czas temu postanowiłem, że po napisaniu i wydaniu “Klucza Salomona”, wskoczę na bombę w inny basen. Chcę napisać taką prawdziwą, wzbudzającą łzy śmiechu i wspominaną przez wieki komedię, z malutkim elementem obyczajówki, i w końcu jestem na to gotowy. Jestem bardzo podekscytowany tym projektem, bo na takie szaleństwo chyba jeszcze nikt nie wpadł wśród naszych rodzimych autorów. Zdradzę tylko, że ma to być historia w stylu non-fiction, choć i to może ulec zmianie, w zależności od tego, jak będzie mi się to pisać w trakcie.

Jedynym gatunkiem, w którym nigdy nie napiszę książki, jest romans. W tym byłbym kiepski. Wszyscy bohaterowie zginęliby już na okładce… razem z  wydawcą, redaktorem, grafikiem i autorem.

Odnoszę wrażenie, że na polskim rynku wydawniczym brakuje takiej prawdziwie komediowej literatury. Myślę zatem, że Twój plan może spotkać się z bardzo dobrym przyjęciem. A czy jest jakaś książka, do której powracasz z sentymentem i z czystym sumieniem mógłbyś ją polecić swoim czytelnikom?

Tak. Książeczka czynszowa (śmiech). A na serio – nie będzie zaskoczeniem, jeśli powiem: “Ojciec chrzestny” Mario Puzo. Czytam go przynajmniej raz w roku, najlepiej podczas letnich upałów. Ale jest wiele książek, do których wracam i które mógłbym polecić, jak choćby “Atlas chmur” Davida Mitchell’a. Niedaleko od tej pozycji stoi seria o Hannibalu Lecterze. Później kilka książek Chodakowskiej, bo ostatnio leżąc na plaży usiadł na mnie jakiś wędkarz myląc mnie ze swoim pontonem… A tak na poważnie to jest naprawdę wiele, wiele wspaniałych książek, do których lubię powracać. Aha! Jest jeszcze jedna, po którą często sięgam, żeby zalewać się łzami śmiechu. “Gówno się pali” Petra Sabacha. Czeski humor w najlepszej odsłonie. Uwielbiam ją.

Serię o Hannibalu Lecterze polecam zawsze, gdy czytelnicy proszą mnie o rekomendację dobrego kryminału, i jeszcze nikt nie przybiegł z pretensjami. Tak na koniec… Czy jest coś, co chciałbyś powiedzieć swoim czytelnikom?

To może, jak mawiał klasyk – nie traktujcie świata na poważnie. W końcu i tak nie wyjdziecie z niego żywi. Bawcie się i śmiejcie, często i ze wszystkiego. Jeśli nauczycie się śmiać życiu w twarz – będziecie kuloodporni. Wtedy nawet Dan McAbre będzie mieć z wami niezłą zagwozdkę. I dużo czytajcie! I jeszcze jedno. Korzystając z tego, że trwa okres grillowy, więc… Kochani, nie mówi się “szaszłyk” tylko “saszłyk” bo jest Saska Kępa a nie Szaszka Kępa, tak?

Dziękuję za przemiły wywiad i na koniec, pozdrawiam mojego przyjaciela Tomasza, który pracuje w ZUSie! To dla ciebie. Nie ma za co.

Bardzo dziękuję za rozmowę!

Mateusz Wieczorek urodził się 4 kwietnia 1988 roku w Grodzisku Wielkopolskim. Jego dotychczasowe życie upłynęło pod znakiem absurdu i uśmiechu, który teraz postanowił przemycić do swoich książek. Był już asystentem spedytora międzynarodowego, żołnierzem zasadniczej służby wojskowej oraz urzędnikiem państwowym. Obecnie pracuje jako górnik w kopalni gazu ziemnego. Debiutował w 2015 powieścią „7 kobiet mafii”. Dwa lata później ukazała się kolejna książka – „66 dusz”. Na swoją pasję poświęca każdą wolną chwilę. Nad życie kocha kino, dobrą zabawę z przyjaciółmi oraz grę w paintball’a. Kiedy jednak świat nabiera zbyt szybkiego tempa, wymyka mu się, aby w ciszy i spokoju powędkować.

Fot.: Maciej Bogaczyk

Wpisy, które mogą Ci się spodobać

„U Bednarka trupy były, są i będą” – rozmowa z Adrianem Bednarkiem cz. I

Bookmoment

„Motywacji do ciężkiej pracy nigdy mi nie brakowało” – rozmowa z Adrianem Bednarkiem cz. II

Bookmoment

„Adler to mój alter ego” – Marta Merriday o zoologii, ulubionych pisarzach i swoich planach na przyszłość.

Bookmoment
1