Image default
Rozmowa

Przez pryzmat niepowagi – rozmowa z Mateuszem Wieczorkiem

Zadebiutował w 2015 roku. Jego powieści przesiąknięte są sarkazmem i absurdem. Nie boi się brudzić scenerii krwią, nie boi się używać mocnych słów. Jednak to, co wychodzi przed szereg, to ogromne poczucie humoru, które, nawet w krytycznej sytuacji, potrafi rozłożyć na łopatki. Mateusz Wieczorek – człowiek o niesamowitej osobowości, olbrzymim dystansie do siebie i świata, zaskakuje po raz kolejny. To właśnie dziś do księgarń trafiła jego nowa książka – “Ostatni worek cementu“. Powieść, która wychodzi poza znane schematy, daje upust brutalności, pochłania i zdumiewa. Zapraszam Was na rozmowę w której autor opowiada o antagonistach, inspiracjach, pisaniu i ZUSie…

Ewa Czuban: W Twoich powieściach próżno szukać bohaterów pozytywnych. Mam tutaj na myśli to, że każda postać jest mroczna, skrywa jakąś tajemnicę. I choć można doszukiwać się w nich zalążka dobra, tak zło przechyla szalę. Dlaczego tak ich kreujesz?

Mateusz Wieczorek: Jestem typem człowieka, który oglądając film czy czytając książkę, kibicuje czarnym charakterom. Antagoniści są o wiele ciekawszymi postaciami, niż “ci dobrzy”. Mają więcej finezji i polotu. Mają też rozmach i są nieprzewidywalni, przez co często stają się kultowi. Darth Vader, don Corleone, Voldemort, Freddy Krueger, Hannibal Lecter. Kto z nas im nie kibicował? Pamiętam, jak podczas lektury “Milczenia Owiec” od połowy akcji mruczałem pod nosem “dalej. Zeżryj ją. Come on!”. A postaci pozytywne? Zazwyczaj są to pokrzywdzone przez świat, użalające się nad sobą, flegmatyczne dusze. Coś jak pani w okienku w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych, kiedy chcesz załatwić jakąś sprawę. Dlatego w swoich powieściach odwróciłem proporcje. Na całą masę antagonistów, przypada jeden dobry bohater. Albo pół… A tak poza konkursowo, to muszę się upewnić, że mam wszystko załatwione w ZUSie, zanim pojawi się ten wywiad (śmiech).

(śmiech) Sprawdź koniecznie! I… masz rację, antagoniści mają w sobie to “coś”. Ja, zazwyczaj, również im kibicuję, lub po prostu darzę większą sympatią. Zdarzają się oczywiście wyjątki, jednak jest ich zdecydowanie mniej. Zastanawia mnie, z którą postacią, z “Ostatniego worka cementu”, identyfikujesz się najbardziej i dlaczego?

W każdej z postaci, które tworzę jest jakaś cząstka mnie. Jestem nawet ja sam! Bohaterowie Murek i Choco to nie kto inny jak mój przyjaciel i ja, ale jeśli miałbym wybrać inną personę, byłby nią Ethan. Jest on ekscentryczny, prześmiewczy i lubi podpuszczać innych dla zabawy. W tym ostatnim jestem mistrzem, więc bardzo przyjemnie mi się tę postać tworzyło. W pozostałych bohaterach umieściłem inne ziarenka siebie. W Albercie ukryłem emocje jakie towarzyszą mi podczas wizyty w ZU… No, wiadomo gdzie.

Rozumiem że ZUS napawa Cię lękiem (śmiech), a skoro już przy tym jesteśmy… czym jest dla Ciebie strach, i czy jest coś, czego się boisz?

Mieszkam w bliskim sąsiedztwie kościoła i kilka razy dziennie słyszę, jak ksiądz przez głośniki straszy – “owoc żywota twojego je ZUS”. Więc wszyscy powinniśmy się go bać. Czym dla mnie jest strach? To taki dziwny stan przed trzecim piwem (śmiech). A teraz tak na serio. Od dziecka bałem się tylko jednej rzeczy. Piłki i dentysty. Powiedziałem jednej, ponieważ w umyśle małego Mateuszka była jedna procedura: “jeśli któreś z tych rzeczy zbliży się do ciebie za blisko, kopnij. Z całej siły.” Pod koniec lat ’90 w moim mieście nie było dentysty, któremu nie zaparkowałbym trampka na twarzy. Ale później przyszła pierwsza dekada nowego milenium i Mati w przeciągu dwóch sekund, przesunął sobie granicę strachu po za jakąkolwiek skalę.  Jak? To było na poligonie, podczas odbywania swojej zasadniczej służby wojskowej. Zabrali nas na strzelnicę, gdzie mieliśmy rzucać prawdziwymi granatami. I wszystko byłoby okej, gdyby nie fakt, że przy wcześniejszym rzucie ćwiczebnym, atrapa, którą posłałem po za okop, odbiła się od drzewa i wpadła z powrotem do dziury w której leżałem. To było piękniejsze niż fanfary studia filmowego 20th Centaury Fox. Stojąc z prawdziwym granatem w ręku oddychałem tak szybko, że prawie wysmarkałem własne nerki. Od tej chwili ciężko mnie czymkolwiek przestraszyć…

Co czujesz, gdy Twoja książka trafia do sprzedaży? Czy wówczas towarzyszy Ci strach?

Jest taki dreszczyk emocji, bo autor nigdy nie wie, jak zostanie przyjęty ze swoim nowym dziełem. Ale to nie jest taki prawdziwy strach. Myślę, że dla autorów jest tym samym, czym dla spadochroniarza jest adrenalina. To potrafi uzależnić w jakiś sposób.

Czytając „Ostatni worek cementu” odniosłam wrażenie, że dialogi, które tam widnieją, są skądś zasłyszane, że gdzieś już coś takiego było…

Celna uwaga. Zdarza się raz na jakiś czas, że w swoich książkach robię ukłon w stronę muzyki, filmów czy książek, na których się wychowałem, a które stały się dla mnie w danej chwili inspiracją. Dla prostego przykładu, w “66 dusz” diabeł na ziemi, Levi Nathan, przedstawia się jako “człowiek wielkiego bogactwa i smaku”. Są to słowa rozpoczynające piosenkę “Sympathy for a devil” zespołu The Rolling Stones. W “Ostatnim worku cementu” również nie zabrakło takich ukrytych perełek. Kiedy jeden z bohaterów mówi “Kończ waść, wstydu oszczędź” od razu wiemy w stronę jakiego dzieła składam pokłon. To tak jakbyś w ciemności usłyszała słowa “Z wnioskiem 5EX musi pani iść do tej kolejki obok. Tak do tej długiej.” Nie dość, że od razu wiedziałabyś w jakiej bajce właśnie się znalazłaś, to jeszcze odpowiednio byś się do niej nastroiła.

Czy przydarzyła Ci się jakaś przykrość związana z Twoją twórczością?

Tak, w tym roku na wiosnę składałem PIT i… Żartuję. Tak naprawdę to chyba nie mam przykrych wspomnień związanych z moją twórczością. Ludzie zazwyczaj są dla mnie życzliwi, chociaż kilka sąsiadek wytknęło mi, że moi bohaterowie za dużo przeklinają, że to nie przystoi takiemu kawalerowi jak ja i, że Pan Jezus to wszystko słyszy, czyta i dopisuje mi do rachunku. Oczywiście takie docinki zawsze mnie radują i sprawiają, że zaczynam się szczerzyć, a gdy tylko to robię sąsiadki dodają pod nosem “spłoń w piekle razem z tym uśmiechem gnido z parteru”. A uśmiecham się bo takie głosy sygnalizują mi, że moje postaci naprawdę działają tak jak powinny. Gangster jest gangsterem z krwi i kości, diabeł diabłem z piekła rodem, a śmierć nieuleczalną plagą. Wszyscy oni mają wzbudzać emocje używając do tego gestów, czynów, myśli i mowy. Pojawiają się też krytyczne uwagi od recenzentów, choć odpukać w niemalowane, jest ich niewiele. Krytyka jest nieodłącznym i potrzebnym autorom elementem.  Nie da się napisać powieści, którą wszyscy pokochają i obsypią różami. Zawsze znajdzie się osoba, która chwyci tę różę odwrotnie i zdzieli cię nią przez tamburyno, tak na otrzeźwienie, albo chociaż dla zabawy. Z tym trzeba się liczyć, a kiedy się już przydarzy, nie ubolewać a wyciągać wnioski. Na szczęście jestem człowiekiem o wielkim dystansie do siebie i tego czym się zajmuję więc póki co, moje kolana są w całości a ja jadę tym rowerkiem dalej.

Masz rację, krytyka jest potrzebna, bez niej wielu autorów mogłoby popaść w samozachwyt, a wszyscy wiemy, że przysłowiowa soda lubi uderzyć do głowy. Zapytam Cię teraz o to, co zawsze mnie intryguje. Mianowicie – czym dla Ciebie jest pisanie i skąd czerpiesz inspiracje?

Przede wszystkim pisanie jest dla mnie dobrą zabawą. Nigdy nie podejrzewałem, że kiedyś zostanę autorem i będę tworzyć książki. W moich planach na przyszłość były różne zawody, w tym paleontologa, maszynisty, bossa miejscowego gangu handlującego nielegalnie koperkiem czy plantatora kaszanki na Marsie, ale nigdy nie pisarza! (śmiech). Z tym pierwszym, paleontologiem, wiąże się nawet pewna ciekawa anegdota. Otóż jako mały dzieciak miałem świra na punkcie dinozaurów. W wakacje wraz z kumplami prowadziliśmy pod blokiem wykopaliska używając pędzelków i łopatek. Pewnego dnia na prawdę udało mi się wykopać fragment popękanej, trupio-bladej kości. Byłem z siebie dumny i bardzo podekscytowany. Określiłem nawet jaki to gatunek dinozaura, żeby zaimponować rówieśnikom. Każdy brał ją na ręce i czuł się, jakby trzymał świętego Graala. Następnie zaniosłem kość do domu i podetknąłem ją pod nos ojcu krzycząc tryumfalnie “zobacz! Tyranozaur!”… Wywalił mnie z tym za drzwi wrzeszcząc, że jak jeszcze raz przyniosę do domu zaschniętą, zwapniałą psią kupę to mnie wydziedziczy. To był dla mnie koniec kariery paleontologa. Cios w serce… Miliony łez… Pół nieprzespanej nocy… Siwe czekoladki… Napalm… Wietkong… Sinica w Mielnie… OFE… Koszmar.

Ale to właśnie takie przygody, w które życie notorycznie mnie wciąga, często stanowią podwaliny pod książkowe, czarno komediowe przygody bohaterów. Dodatkowym i niezwykle bogatym źródłem inspiracji są ludzie. Na co dzień jestem animatorem na polu paintballowym, gdzie mam szansę rozmawiać z setkami graczy rocznie. A każdy z nich ma w zanadrzu parę anegdotek, którymi chętnie się podzieli jeśli i ja sypnę z rękawa jedną czy dwiema historiami. Wierz mi, że niektóre z zasłyszanych przeze mnie na polu opowieści naprawdę potrafią zwalić z nóg, nawet takiego wytrawnego humorystę jak ja. Zapamiętuję je, czasami zapisuję, a później przekształcając lub dopracowując, wykorzystuję. I tak dla przykładu historia z gołębiem na ręce, którą znajdziecie w prologu “Ostatniego worka cementu” jest historią prawdziwą.

Po za tym wielką inspiracją przy tworzeniu poprzedniej książki i tej, którą piszę obecnie, są polskie legendy i przesłania. Jako słowiański ród, mamy fantastyczną mitologię, która jest studnią bez dna jeśli chodzi o inspiracje. Coś jak… Może nie będę kończyć bo naprawdę podniosą mi wiek emerytalny za karę (nerwowy śmiech).

Zdradzisz kilka najważniejszych inspiracji, którymi kierowałeś się pisząc “Ostatni worek cementu”?

W przypadku tej książki największymi inspiracjami były dla mnie filmy Martina Scorsese i Quentina Tarantino, jak zawsze zresztą. Uwielbiam dzieła tej dwójki. “Ostatni worek cementu” miał być wypadkową stylów opowiadania historii przez ten duet. I tak można się tu dopatrzeć klimatów rodem z “Infiltracji” czy “Chłopców z ferajny” przeplatających się z czarno komediowym i krwawym stylem Quentina. Czyli krewcy oraz śmiertelnie niebezpieczni ludzie, którzy są niczym kupka prochu wysypanego pod pochodnią, w scenerii uwalonej przez eksplodujące ciała z cichutką, rockową balladą w tle… To tak, jakbyś o 14:55 przekroczyła próg… (pauza) Jak brzmi kolejne pytanie?

Wrócę na chwilę do Twojej poprzedniej wypowiedzi, w której wspomniałeś, że jesteś animatorem na polu paintballowym. Opowiesz skąd wzięła się ta pasja, jak się narodziła i dlaczego darzysz ją taką sympatią?

Jak już mówiłem, byłem kiedyś w wojsku. Długo broniłem się, żeby jakoś się z tego wymiksować, ale na próżno. Dziś nie żałuję ani jednej sekundy spędzonej w jednostce, ale… W pierwszym tygodniu służby, zabrano nas na strzelnice, gdzie dano nam pierwsze cztery sztuki amunicji i wyprowadzono na linię otwarcia ognia. Strzelaliśmy z pozycji leżącej. Oczywiście byłem przerażony. Pierwszy strzał wyzwolił we mnie nieznane dotychczas emocje. Euforię pomieszaną z adrenaliną. Piszczało mi w uszach, zupełnie jak na filmach. Nade mną stał chorąży, który coś tam wrzeszczał. Słowa musiałem sobie dopisać sam, bo cholera jedna wie, co on tam wtedy krzyczał. Po tym jak machał ręką, odgadłem, że to musiało być “znakomicie żołnierz! Delikatnie w prawo i będzie dyszka!” Strzelałem jak opętany, raz za razem trafiając do celu. Dopiero, kiedy przynieśli nasze tarcze i zobaczyłem, że kolega strzelający obok ma osiem trafień na cztery strzały, zrozumiałem, że chorąży jednak pokazywał mi tą ręką coś innego. Ale to nie było ważne. Ważne było to, że natychmiast uzależniłem się od strzelania. W rok po wyjściu z wojska, tak bardzo mi tego brakowało, że zostałem animatorem na polu paintballowym.

A dlaczego darzę to zajęcie tak wielką sympatią? Bo uszczęśliwia ludzi. Uwielbiam sprawiać, żeby ludzie głośno się śmiali i wspominali nasze spotkanie latami, a to idealne do tego narzędzie. Ale o tym nie muszę Ci mówić, bo sama ostatnio grałaś. Założę się o swoją emeryturę, czyli pełne 27 zł na dzień dzisiejszy, że uśmiech nie znikał z Twojej twarzy.

Nawet po upływie niemal miesiąca od tej przygody, na samą myśl się uśmiecham i już nie mogę się doczekać kolejnego strzelania! Wracając… Każdy z nas ma jakieś nawyki czy rytuał. Moim jest poranna kawa, bez której nie wyobrażam sobie rozpoczęcia dnia. Czy i Ty masz taki rytuał lub nawyk pisarski?

O tak. Kawa to podstawa. Jestem od niej uzależniony, więc gdy tylko wstaje nowy dzień, skoro świt o 14:00 wypijam kubeczek, wychodzę na taras, patrzę w niebo i szepczę pod nosem “pilnuj się, bo wstałem.” Do godziny 15, życie co najmniej trzy razy podkłada mi nogę, z coraz większą częstotliwością, aż w końcu, około godziny 20 wygląda to tak, jakbym chwycił się z tym życiem za bary i kopał po piszczelach z całej siły. I tak do skutku, aż któreś z nas nie wygra. Ale kiedy dzień przemija, słońce zachodzi i nastaje noc, to jest to mój czas. Wtedy siadam przed klawiaturę i piszę. Nikt i nic mnie nie rozprasza. No i muzyka. Muszę słuchać muzyki, która pomaga mi się nastroić przy pisaniu danej sceny. Rozdziały rozpisuję posługując się przygotowanym wcześniej scenariuszem, lub streszczeniem. Nie narzucam sobie jakiegoś czasu pracy. Piszę tak długo, jak długo spod moich palców wypływa historia, ale nigdy nie kończę wcześniej niż o 3 nad ranem. Czasami zdarza mi się zastój, bo na przykład nie mam pomysłu jak połączyć ze sobą dwa wątki. Wtedy cierpliwie czekam, bo wymyślanie czegoś na siłę wychodzi sztucznie i mało efektownie. A czekanie się opłaca, bo życie potrafi zaskakiwać lepiej, niż najlepszy z twórców historii. Przytoczę ci przykład. Kiedy pisałem “7 kobiet mafii” szukałem powodu, dla którego jeden z bohaterów, płatny zabójca, musiałby wrócić na miejsce zbrodni i wplątać się w kolejne perypetie. Oczywiście mogłem napisać, że zapomniał kluczy, portfela albo telefonu, ale to nie miałoby w sobie za grosz komizmu. Postanowiłem poczekać i już w kilka dni później rozwiązanie spadło jak grom z jasnego nieba. Otóż, byłem w pracy, gdzie kierownik poprosił całą brygadę o zostanie godzinę dłużej. To był czas jakichś poważnych manewrów. Wszyscy się zgodzili, ale musieliśmy ostrzec rodziny, że spóźnimy się na obiad. Każdy zaczął dzwonić, tylko jeden z pracowników miał problem ze złapaniem zasięgu. Przez dobrych 5 minut próbował wywołać różnymi wulgarnymi zaklęciami choćby pojedynczy sygnał, aż w końcu, zorientował się, że wychodząc z domu, zamiast komórki, wziął pilot od telewizora… To było… śliczne. Miał przy tym minę starego Indianina, który rzucił dzidą w pociąg, a ten nie dość, że nie zdechł, to jeszcze zagwizdał i odjechał. Ciu-ciu!

Wspomniałeś wcześniej, że inspiruje Cię muzyka. Zdradź proszę, czego najczęściej słuchasz.

Przede wszystkim muzyki lat ’50, ’60, ’70. Stare piosenki, anglojęzyczne, ale nie tylko, mają w sobie niesamowity klimat, który idealnie wpasowuje się w ten, jaki towarzyszy moim historiom. W ogóle uważam, że muzyka tamtych lat jest magiczna. Słuchając niektórych utworów dzisiejszych wykonawców trzeba uważać, żeby przypadkiem nie dostać rykoszetem jakiejś klątwy w potylicę. Bo później będziesz się jąkać przy mówieniu słowa “bumerang”… no a po co, po co, po co, po co Ci to? Ale wracając do tematu, kiedy piszę jakąś scenę, i towarzyszy mi przy tym jakaś konkretna piosenka, staram się przemycić jej tytuł, albo chociaż go zasugerować, tak, żeby co dociekliwsi czytelnicy, mogli ją sobie szybko odtworzyć. Bardzo często stosuję taki zabieg. W “Ostatnim worku cementu” >usłyszymy< między innymi piosenki zespołów “Creedence Clearwater Revival”, “Woodkid”, “Passenger” czy wspaniałą Dusty Springfield.

Nie mogę się nie zgodzić. Podczas czytania lektury, w jednej ze scen, dosłownie słyszałam utwór „Run boy, run” zespołu „Woodkid”. Chciałabym na sekundę wrócić do Twojej poprzedniej książki – „66 dusz”. Czytając ją można zauważyć, że dość często bawisz się słowem Podam tutaj przykład niejednoznaczności imion bohaterów. Skąd taki pomysł?

Pomysł z imionami pochodzi jeszcze z końca lat ’90, kiedy jako mały chłopiec, zdaje się przypadkowo, zobaczyłem film “Harry Angel” (wtedy już  nie najnowszy bo z 1987 roku, a dziś zupełnie nieznany młodemu pokoleniu). Grał w nim jeden z moich ulubionych aktorów, Robert De Niro, wcielając się w rolę diabła, w ludzkiej postaci, o imieniu Louis Cyphre. To było tak bardzo genialne… Zakorzeniło się w moim umyśle tak głęboko, że gdy przyszło mi stworzyć własnych diabłów, demonów czy aniołów, posłużyłem się tą metodą. Następnie postąpiłem o krok dalej i zacząłem ukrywać w imionach i nazwiskach bohaterów tych mniej oczywistych. Przykład: W książce “66 dusz”, której podwaliną jest legenda o panu Twardowskim, główny bohater nazywa się Laurent Durentius, czyli z łacińskiego Jan…? Nie patrz tak na mnie. Lepiej spójrz jeszcze raz na nazwę formularza wspomnianego w pierwszej części wywiadu  i zastanów się, do której litery alfabetu podobna jest pierwsza cyfra w nazwie. (chytry uśmieszek). Lubię żonglować słowem, a język polski jest wręcz idealnym tworzywem, bo na przykład dzwon potrafi zabić lub zabić… na śmierć. Po lekturze mojej poprzedniej powieści, wiesz już, że kiedy postawiony przed trudnym pytaniem Dan McAbre mówi, “okej, będę strzelać”, lepiej uciekać gdzie pieprz rośnie, bo gość nie żartuje.

To dość przebiegłe z Twojej strony, ale również nietuzinkowe. Kilkukrotnie uśmiechnęłam się pod nosem czytając dane imiona. A szczególnie – Dana McAbre i Leviego Nathana. Skoro jesteśmy już przy temacie Twoich poprzednich dzieł. Powiedz proszę, jaki był pierwszy tekst, który napisałeś i co popchnęło Cię do tego aby go stworzyć?

Swoją przygodę z pisaniem, zacząłem jeszcze w gimnazjum tworząc serię opowiadań o szkolnej grupce przyjaciół, którzy ładowali się w absurdalne tarapaty oscylujące wokół ich uwielbienia do taniego wina. Pisałem je w trzydziesto-dwu kartkowych zeszytach i nieźle się przy tym bawiłem. Moja polonistka bardzo pochwalała to hobby, jednak po lekturze kolejnych odsłon mojej “serii”, zaczęła częściej niż przy innych pociągać nosem. Wiesz, wtedy nie było jeszcze alkomatów, a niektóre perypetie do bólu przypominały te, jakie miewaliśmy z kumplami na jej zajęciach.

Później przyszedł czas na zabawę z felietonami. Mogłem w nich być prześmiewczy i to chyba w nich nauczyłem się, jaką moc ma żonglerka słowem. W tym okresie należałem też do kółka filmowego i pisałem scenariusze dla różnych pomniejszych produkcji. Z czasem, pewna historia zaczęła rozrastać się coraz bardziej i bardziej, aż stała się skryptem na pełnometrażowy obraz. Ale hola, hola… Kto by tam wspominał z czasem scenarzystę, prawda? Aktorów tak, reżysera też, ale scenarzystę? Scenariusz trafił do szuflady, ale nie na długo. W tamtym czasie pisałem również felietoniki na stronę mojego dobrego znajomego, Błażeja Telichowskiego, ówczesnego zawodnika Dyskobolii Grodzisk. Pewnego dnia powiedział “Mateusz, dobrze ci to idzie. Powinieneś napisać książkę”. Pomyślałem, że w sumie to mam w szufladzie pewną historię, którą zawsze chciałem opowiedzieć i już siadałem do jej pisania, już wyciągałem dłonie nad klawiaturę, kiedy nagle życie, wylosowało dla mnie, na swojej pokrętnej loterii, niezwykły fant. Ten fant nazywał się “bilet do wojska”. Po wyjściu do cywila nie było już mowy o tym, żebym się teraz poddał. Walczyłem do skutku, kilka długich lat, aż w końcu się udało. Pamiętam dzień, kiedy dostałem swoją pierwszą umowę wydawniczą. Trwając w szoku, wyszedłem ze swojego pokoju, podreptałem do salonu, gdzie siedział ojciec, i powiedziałem “ojcze, napisałem książkę i dostałem umowę wydawniczą”. Ojciec popatrzył na mnie z ukosa, później na matkę i powiedział “Ela, myślę, że nasz syn ma problemy z narkotykami.” Uwierzył dopiero, kiedy listonosz przyniósł umowę do domu. Przez jakiś czas ludzie z mojego otoczenia spoglądali na mnie jak na kogoś, kto właśnie się przyznał, że jest magiem, zaklętym w ciele śmiertelnika, ale po dwóch latach to już mi nawet mówili “cześć”, a dziś już całkowicie się z tym oswoili. Chociaż, nie wszyscy. Kiedy wpadam na zakupy do sklepu mojej mamy, a są w nim akurat starzy, miejscowi Indianie, modlący się do totemu z piwnych kast, zawsze pada hasło “morda, bo nas opisze!” i nastaje grobowa cisza (śmiech). Przez ich reakcje czuję się, jakbym chodził uzbrojony po zęby.

Ostatecznie rodzice są z Ciebie dumni?

Cokolwiek bym nie zrobił, zawsze byli. Mam to szczęście, że wychowałem się w dość nietuzinkowej rodzinie. Na przykład mój ojciec zawsze wyrażał podziw dla mnie, który później ukierunkował mój własny dystans do świata i siebie. Jak? Już ci Mati opowiada… Dawno temu, będąc nastolatkiem, miałem na biurku kulę ze złotymi rybkami. Trzema. Ale jak to z kulą bywa, trzeba było często ją czyścić. A kto w wieku 12 lat ma czas na takie dorosłe zachowania? W końcu woda w akwarium stała się brązowa, dwie rybki padły, a trzecia ledwo zipiała. Mój ojciec zdenerwował się i powiedział “teraz jadę do pracy, ale jak wrócę i ta ostatnia ryba będzie martwa, masz szlaban na wychodzenie z domu do końca wakacji.” Kiedy wyszedł z domu, wziąłem się do pracy. Posprzątałem rybce, wrzuciłem jej nowe, białe, kamienie i włożyłem do środka pomarańczową doniczkę, kładąc ją tak, żeby miała “domek”, gdzie mogłaby wpływać na noc. Później poszedłem do kumpli pod blok, i tam też czekałem, aż tata wróci z pracy. Kiedy się pojawił, z grobową miną zapytał mnie “i jak? Żyje ryba?”. Prychnąłem i powiedziałem, “choć, sam zobaczysz, będziesz zdumiony”. Poszliśmy na górę, ojciec wszedł do pokoju i kiedy zobaczył kulę, aż usiadł na moim krzesełku. Rozdziawił usta w niemym podziwie, a ja byłem z siebie dumny jak cholera… Do czasu aż zobaczyłem, kątem oka, że rybka zaklinowała się między ścianką kuli a doniczką i… No wiesz. Ojciec powiedział wtedy “Gratuluję SYNU. Jestem pełen podziwu…. ELA! NASZ SYN JEST PIERWSZĄ OSOBĄ NA ŚWIECIE, KTÓRA UTOPIŁA RYBĘ! CHODŹ TU SZYBKO I ZOBACZ!” W tej chwili nauczyłem się czym jest sarkazm i od tego czasu towarzyszy mi do dziś. To nim doprawiam wszystkie swoje powieści, a w “Ostatnim worku cementu” jest on niemalże jednym z bohaterów książki.

Nie da się nie zauważyć, że sarkazm rzeczywiście dość często gra w Twoich powieściach pierwsze skrzypce. Można odnieść wrażenie, że jesteś bardzo pozytywnie nastawiony do życia. Czy jest coś, co nastraja Cię negatywnie, wywołuje skrajne emocje, wyprowadza z równowagi? Oprócz, rzecz jasna, gargantuicznych kolejek w ZUS-ie.

Jak każdemu z nas, czasami i mnie zdarza sie porządnie wkurzyć i to z różnych powodów, ale mam to szczęście, że nie jestem pamiętliwym człowiekiem. Nie lubię nosić w sobie urazy czy negatywnych uczuć. I teraz uwaga, bo to może zabrzmieć dziwnie, ale jeśli jestem już naprawdę mega zły, to szybko siadam do klawiatury i przypisuję te emocje, sposób myślenia podczas ich trwania, i pomysły na ich rozwiązanie bohaterom takim jak na przykład Albert czy don Mulciber z “Ostatniego worka cementu”. Zostawiam je im, a sam wychodzę z czystym kontem. I wierz mi bądź nie, ale w tym szaleństwie tkwi metoda (uśmiech tryumfu). Poza tym w swoim życiu kieruję się pewną zasadą, którą o dziwo… zaczerpnąłem w szkole na matematyce – “dwa minusy dają plus”. I choć to czasami wkurza ludzi wokół, to ja zawsze znajdę powód do uśmiechu, nawet w najgorszych kompilacjach zdarzeń. Może dlatego tak dobrze odnajduję się w klimatach czarno komediowych?

Myślę, że ten sposób myślenia na pewno wiele ułatwia, szczególnie, gdy przelewasz myśli na papier. Jak wiemy, Twoje książki oscylują wokół sensacji literackiej. Czy próbowałeś, lub masz zamiar spróbować, swoich sił w innym gatunku?

Oczywiście, że tak! Książka “66 dusz” spotkała się ze wspaniałym przyjęciem. Ludzie polubili postaci Dana McAbre i Leviego Nathana. Ci dwaj antagoniści zafascynowali czytelników, którzy notorycznie pytali mnie o ich dalsze i wcześniejsze losy, więc nie mogłem pozostać głuchy a tę odezwę. W tej chwili powstaje kontynuacja ich historii pod roboczym tytułem “Klucz Salomona”. Ta historia zawierać będzie kolejną, odkurzoną, polską legendę, a gatunkiem, w którym powstaje jest nie tyle „sensacja” co „fantasy”. Te dwa nurty przeplatają się tutaj bardzo intensywnie i równomiernie.

Czym wobec tej serii jest “Ostatni worek cementu”? Otóż moja najnowsza powieść jest dla tego uniwersum tym, czym dla Gwiezdnych Wojen jest “Łotr 1”. Nie jest prequelem, nie jest też nieodłącznym elementem sagi, ale jest ważnym wprowadzeniem. Tę historię można czytać jako stand alone, ale w szerszej perspektywie, którą tworzę, jest niezwykle ważna.

Już jakiś czas temu postanowiłem, że po napisaniu i wydaniu “Klucza Salomona”, wskoczę na bombę w inny basen. Chcę napisać taką prawdziwą, wzbudzającą łzy śmiechu i wspominaną przez wieki komedię, z malutkim elementem obyczajówki, i w końcu jestem na to gotowy. Jestem bardzo podekscytowany tym projektem, bo na takie szaleństwo chyba jeszcze nikt nie wpadł wśród naszych rodzimych autorów. Zdradzę tylko, że ma to być historia w stylu non-fiction, choć i to może ulec zmianie, w zależności od tego, jak będzie mi się to pisać w trakcie.

Jedynym gatunkiem, w którym nigdy nie napiszę książki, jest romans. W tym byłbym kiepski. Wszyscy bohaterowie zginęliby już na okładce… razem z  wydawcą, redaktorem, grafikiem i autorem.

Odnoszę wrażenie, że na polskim rynku wydawniczym brakuje takiej prawdziwie komediowej literatury. Myślę zatem, że Twój plan może spotkać się z bardzo dobrym przyjęciem. A czy jest jakaś książka, do której powracasz z sentymentem i z czystym sumieniem mógłbyś ją polecić swoim czytelnikom?

Tak. Książeczka czynszowa (śmiech). A na serio – nie będzie zaskoczeniem, jeśli powiem: “Ojciec chrzestny” Mario Puzo. Czytam go przynajmniej raz w roku, najlepiej podczas letnich upałów. Ale jest wiele książek, do których wracam i które mógłbym polecić, jak choćby “Atlas chmur” Davida Mitchell’a. Niedaleko od tej pozycji stoi seria o Hannibalu Lecterze. Później kilka książek Chodakowskiej, bo ostatnio leżąc na plaży usiadł na mnie jakiś wędkarz myląc mnie ze swoim pontonem… A tak na poważnie to jest naprawdę wiele, wiele wspaniałych książek, do których lubię powracać. Aha! Jest jeszcze jedna, po którą często sięgam, żeby zalewać się łzami śmiechu. “Gówno się pali” Petra Sabacha. Czeski humor w najlepszej odsłonie. Uwielbiam ją.

Serię o Hannibalu Lecterze polecam zawsze, gdy czytelnicy proszą mnie o rekomendację dobrego kryminału, i jeszcze nikt nie przybiegł z pretensjami. Tak na koniec… Czy jest coś, co chciałbyś powiedzieć swoim czytelnikom?

To może, jak mawiał klasyk – nie traktujcie świata na poważnie. W końcu i tak nie wyjdziecie z niego żywi. Bawcie się i śmiejcie, często i ze wszystkiego. Jeśli nauczycie się śmiać życiu w twarz – będziecie kuloodporni. Wtedy nawet Dan McAbre będzie mieć z wami niezłą zagwozdkę. I dużo czytajcie! I jeszcze jedno. Korzystając z tego, że trwa okres grillowy, więc… Kochani, nie mówi się “szaszłyk” tylko “saszłyk” bo jest Saska Kępa a nie Szaszka Kępa, tak?

Dziękuję za przemiły wywiad i na koniec, pozdrawiam mojego przyjaciela Tomasza, który pracuje w ZUSie! To dla ciebie. Nie ma za co.

Bardzo dziękuję za rozmowę!

Mateusz Wieczorek urodził się 4 kwietnia 1988 roku w Grodzisku Wielkopolskim. Jego dotychczasowe życie upłynęło pod znakiem absurdu i uśmiechu, który teraz postanowił przemycić do swoich książek. Był już asystentem spedytora międzynarodowego, żołnierzem zasadniczej służby wojskowej oraz urzędnikiem państwowym. Obecnie pracuje jako górnik w kopalni gazu ziemnego. Debiutował w 2015 powieścią „7 kobiet mafii”. Dwa lata później ukazała się kolejna książka – „66 dusz”. Na swoją pasję poświęca każdą wolną chwilę. Nad życie kocha kino, dobrą zabawę z przyjaciółmi oraz grę w paintball’a. Kiedy jednak świat nabiera zbyt szybkiego tempa, wymyka mu się, aby w ciszy i spokoju powędkować.

Fot.: Maciej Bogaczyk

Wpisy, które mogą Ci się spodobać

„Nie lubię pośpiechu, slow life to jest to” – rozmowa z Martą Merriday

Bookmoment

“W domu dość sporo mówiło się o religii” – rozmowa z Aleksandrem R. Michalakiem

Bookmoment

“Pisanie jest oddychaniem” – rozmowa z Brunem Kadyną

Bookmoment